James: Opowieści
Poziomy (robocza):

- N… nazywam się… Andrzej. Chyba Andrzej… tak, Andrzej. Albo Tomasz. Raczej Andrzej. Andrzej Nowak. - Głos Andrzeja Nowaka drżał. Drżała też reszta jego ciała. Siedział naprzeciwko mężczyzny w śnieżnobiałym kitlu, z twarzy przypominającego bankowego urzędnika - świeżo ogolony i ostrzyżony, lekko uśmiechnięty, śmiało patrzący w oczy pragnącego unikać kontaktu wzrokowego Andrzeja Nowaka, czym dodatkowo go stresował. Problem polegał na tym, że mężczyzna ów, którego od Andrzeja Nowaka oddzielało szerokie, metalowe, pomalowane białą farbą biurko, był kimś znacznie potężniejszym od urzędnika. I Andrzej Nowak miał tego świadomość. - Urodziłem się w roku… tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym pierwsz… tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym. - Język mu się plątał, a spojrzenie błądziło po całym gabinecie. - Piąty marzec. Piątego marca się urodziłem. Tego roku, o którym mówiłem.

Mężczyzna uśmiechał się bez przerwy. Jego splecione dłonie spoczywały na blacie biurka. Siedział wyprostowany, wyczekującym spojrzeniem zdając się zachęcać Andrzeja Nowaka do mówienia. Jednak Andrzej Nowak patrzył w jego stronę tylko wtedy, gdy chciał sprawdzić, czy przypadkiem nie śni. Szczypał się nawet w dłonie, oczywiście tak, by siedzący przed nim mężczyzna tego nie zauważył. Ale gabinet nie znikał. Mężczyzna nie znikał. I nie znikała błyszcząca plakietka przypięta do kieszeni jego kitla: Fundacja SCP. Poziom 0.

Nagle Andrzej Nowak poczuł, że brakuje mu tchu. Biel całego gabinetu wywoływała nudności i ból oczu, a mężczyzna posiadający zerowy poziom upoważnienia zdawał się zlewać z otoczeniem. Andrzej Nowak oczami wyobraźni widział siebie jeszcze pół godziny temu - wprowadzany do tej olbrzymiej, sterylnej placówki z workiem na głowie, by nie mógł ocenić, gdzie się znajduje. Przez całą trwającą pięć godzin podróż z więzienia nikt się do niego nie odezwał. Nie otrzymał wyjaśnienia, dlaczego został zabrany z celi śmierci, dlaczego właśnie on i dlaczego wszystko przebiegło tak płynnie. Tylko groźba od barczystego strażnika, zanim został wrzucony do gabinetu - ma się przedstawić i powiedzieć kilka słów o sobie.

- Panie Nowak? - Głos mężczyzny wyrwał go z rozmyśleń. Gwałtownie poderwał głowę i uśmiechnął się nerwowo. - Panie Nowak, dziękuję za to krótkie przedstawienie… siebie. - Zachowywał przyjazny wyraz twarzy. - Ja również jestem Nowak, doktor Nowak. Widzi pan, jaki ten świat mały? - Doktor Nowak parsknął śmiechem. - Zapewne zastanawia się pan, co tutaj robi?

- Ja… tak, tak, myślę właśnie… tak. - Zbyt mocno skinął głową.

- Cóż, moim zadaniem jest odpowiedzieć panu najlepiej, jak to możliwe - przyznał wesoło doktor Nowak, nie poruszając się nawet o centymetr. - Najpierw jednak niech pan powie… za co odsiadywał pan wyrok?

Andrzej Nowak czuł strach. Przeszywający strach. Z jakiegoś powodu bał się siedzącego przed nim człowieka. Bał się go bardziej niż śmierci. Chciał wrócić do więzienia. Chciał tam zginąć. Tylko dlaczego?

- Ja… - zaczął po chwili i mrugnął kilkukrotnie. - Za zabójstwo. Za zabójstwo siedziałem.

- Zabójstwo? Cóż za niespodzianka! - wykrzyknął uradowany doktor Nowak, co jeszcze mocniej speszyło jego rozmówcę. - Jakie zabójstwo? Podwójne, potrójne, z gwałtem, ze zbezczeszczeniem, a może wszystko naraz? - dopytywał ze szczerym zainteresowaniem.

- Pojedyncze. Jedno tylko - wyznał i poczuł, jak do oczu napływają mu łzy. - Córkę zabiłem. Ale… ale przypadkowo, moja żona, ona…

- Córkę? - przerwał doktor Nowak. - Córkę pan zabił? I za córkę dali panu karę śmierci?

- Wypadła przez okno - wycedził, zaciskając zęby.

- Wypadła? - zdziwił się doktor Nowak. - Więc jest pan niewinny?

Andrzej Nowak nie był pewien, czy doktor z niego szydzi, ale nie potrafił też zebrać w sobie na tyle odwagi, bo go o to zapytać.

- Tak, wypadła - stwierdził nieco ostrzej. - Wypadła, ale moja żona… moja żona powiedziała, że ja ją wyrzuciłem. I nie mogłem się bronić. Nie miałem jak. Przekupiła sędziego, jestem pewien! Ta głupia…

- Hej, hej, hej… - Doktor Nowak wykonał pierwszy ruch - gest dłoni oznajmiający, że jego rozmówca powinien się wstrzymać. - Bez nerwów, panie Nowak. Może chciałby pan się poczęstować gumą? Na uspokojenie?

Czując dominację doktora, Andrzej Nowak skinął głową, myśląc przy tym jednak, że w zasadzie ma na gumę ochotę. Był jednak przekonany, że otrzyma jakąś miętową, której nienawidził. Ale ku jego zaskoczeniu doktor Nowak wyjął z szuflady biurka gumę o smaku truskawkowym, którą Andrzej Nowak uwielbiał i z chęcią się nią poczęstował.

- Dobrze, rozumiem zatem - kontynuował doktor Nowak - że został pan skazany za niewinność. Nie, nie, nie, proszę nie protestować! - wykrzyknął, widząc zdenerwowane spojrzenie pana Nowaka. - Doskonale rozumiem, naprawdę doskonale. Sam byłem kiedyś naczelnikiem więzienia i…

- Co to za miejsce? - spytał niespodziewanie Andrzej Nowak, jakby guma truskawkowa dodała mu pewności siebie.

- To? - zapytał doktor Nowak, wiarygodnie udając zdziwienie i rozglądając się po gabinecie tak, jakby sam po raz pierwszy widział go na oczy. - Panie Nowak, znajduje się pan w Fundacji SCP, nigdy pan nie słyszał? - spytał wesoło.

- Nie - wyznał sucho Andrzej Nowak, czując powoli narastającą irytację. Uświadomił też sobie, że nie jest zakuty w kajdanki. Po jego głowie nagle zaczęły chodzić różne myśli, których jeszcze przed chwilą do siebie nie dopuszczał.

- To dziwne - oznajmił zszokowany doktor Nowak. - Powinien pan wiedzieć, że jesteśmy organizacją stworzoną przez prezydenta, by… działać bezzwłocznie, kiedy wyda akt łaski, o którym nie można jednak powiedzieć publicznie…

- Pierdoli pan, doktorze - warknął Andrzej Nowak i sam przestraszył się własnych słów. - To znaczy, ja… - chciał przeprosić, ale wszelkie wyrazy, jakie dotychczas znał, zdawały się w jednej chwili opuścić jego głowę.

- Cóż… - Doktor Nowak spoważniał. - Jeśli tak, może mimo wszystko prezydent podjął złą decyzję…

- Nie, nie! - jęknął Andrzej Nowak, zauważając, że doktor Nowak sięga po słuchawkę stojącego na biurku telefonu. Mężczyźni mierzyli się wzrokiem. Spojrzenie jednego było przepełnione pewnością siebie, a drugiego - strachem.

- Proszę pana, niech pan posłucha - mówił spanikowany Andrzej Nowak, a w głowie mu szumiało. Poczuł, że wyżuł gumę. - Nie chciałem tego powiedzieć, tylko coś…

- Halo? - doktor Nowak dawno już wybrał numer. - Halo, tak, dzwonię w sprawie pana Nowaka. - Rzucił rozmówcy nienawistne spojrzenie. - Tak, nie dostosowuje się. No co? Chyba weźmiemy innego, prawda? Tylu oddałoby wszystko za uwolnienie…

- Nie! - Tym razem Andrzej Nowak poderwał się z krzesła. - Proszę, niech pan…

- Nie możemy? - Doktor Nowak wciąż mierzył pana Nowaka wzorkiem. - Cóż… rozumiem. Rozumiem. Trudno, jakoś dam radę. Dziękuję. Tak, zadziałało. Lepiej niż sądziłem. Do widzenia. - Odłożył słuchawkę. - Niech pan siada - polecił natychmiast. Andrzej Nowak od razu zajął miejsce.

Chwilę trwali w ciszy.

- To śmieszne - stwierdził chłodno doktor Nowak, a ton, w jakim przemawiał, zmienił się nie do poznania. - Jeszcze kilka minut temu bardziej niż śmierci bał się pan mnie. A jednak skorzystanie z fałszywego telefonu i samo napomknięcie o pana odesłaniu nagle zmieniło pańskie perspektywy o sto osiemdziesiąt stopni.

Andrzej Nowak poczuł, że krew w jego żyłach tężeje, a włosy stają dęba.

- Skąd pan… - Chrząknął, bo nagle zaschło mu w gardle. - Skąd pan wie, o czym myślałem?

- No jasna cholera! - Doktor Nowak niemal wyrwał szufladę, z której ponownie wyjął gumę truskawkową. Uważnie przeczytał wszystkie informacje znajdujące się na etykiecie, po czym spojrzał w kierunku wiszącego nad wejściem zegara. - Jeszcze nie działa? Już powinno.

- Co "nie działa"? - Andrzej Nowak poczuł ciarki na plecach. Dech mu zapierało. - Co "nie działa"?! - wrzasnął i próbował się podnieść, ale z niedowierzaniem stwierdził, że jego mięśnie odmawiają posłuszeństwa.

- No, działa - stwierdził spokojny już doktor Nowak, nie przywracając jednak swojemu głosowi dawnej wesołości. Zamiast tego wydawał się zwyczajnie znudzony.

Andrzej Nowak rozpaczliwie łapał oddech, powoli zsuwając się z krzesła. Doktor Nowak wstał i podszedł do rozmówcy, po czym wyznał:

- Ja nie wiem, co z panem zrobią. Wiem tylko, że o niczym nie będzie pan pamiętał, a za około dwie minuty straci pan przytomność. Nasza rozmowa musiała się odbyć - jej wspomnienie zostanie w losowy sposób pocięte i wrzucone do pańskiej pamięci, tak by zdawał pan sobie sprawę z niektórych faktów, jak smak ulubionej gumy albo przyznanie się do zamordowania córki. Swoją drogą, świetna ta guma, prawda? Na krótką chwilę rozjaśniła panu umysł, ten skok percepcji, ilorazu inteligencji… ale nic nie trwa wiecznie. Reszta zależy od nich. Tutaj zaczyna się pańska podróż.

Andrzej Nowak obserwował doktora Nowaka przerażonym wzrokiem, nie był już w stanie wydobyć z siebie choćby jęknięcia.

- Wszyscy się czegoś boimy, panie Nowak.

Na dźwięk pukania do drzwi, doktor Nowak wstał. Wiedział, kto przyszedł. Westchnął i powiedział:

- Proszę.

- N… nazywam się… Andrzej. Chyba Andrzej… tak, Andrzej. Albo Tomasz. Raczej Andrzej. Andrzej Nowak. - Głos Andrzeja Nowaka drżał. Drżała też reszta jego ciała. Siedział naprzeciwko mężczyzny w śnieżnobiałym kitlu, z twarzy przypominającego bankowego urzędnika - świeżo ogolony i ostrzyżony, lekko uśmiechnięty, śmiało patrzący w oczy pragnącego unikać kontaktu wzrokowego Andrzeja Nowaka, czym dodatkowo go stresował. Problem polegał na tym, że mężczyzna ów, którego od Andrzeja Nowaka oddzielało szerokie, metalowe, pomalowane białą farbą biurko, był kimś znacznie potężniejszym od urzędnika. I Andrzej Nowak miał tego świadomość. - Urodziłem się w roku… tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym pierwsz… tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym. - Język mu się plątał, a spojrzenie błądziło po całym gabinecie. - Piąty marzec. Piątego marca się urodziłem. Tego roku, o którym mówiłem.

Mężczyzna uśmiechał się bez przerwy. Jego splecione dłonie spoczywały na blacie biurka. Siedział wyprostowany, wyczekującym spojrzeniem zdając się zachęcać Andrzeja Nowaka do mówienia. Jednak Andrzej Nowak patrzył w jego stronę tylko wtedy, gdy chciał sprawdzić, czy przypadkiem nie śni. Szczypał się nawet w dłonie, oczywiście tak, by siedzący przed nim mężczyzna tego nie zauważył. Ale gabinet nie znikał. Mężczyzna nie znikał. I nie znikała błyszcząca plakietka przypięta do kieszeni jego kitla: Fundacja SCP. Poziom 0.

Nagle Andrzej Nowak poczuł, że brakuje mu tchu. Biel całego gabinetu wywoływała nudności i ból oczu, a mężczyzna posiadający zerowy poziom upoważnienia zdawał się zlewać z otoczeniem. Andrzej Nowak oczami wyobraźni widział siebie jeszcze pół godziny temu - wprowadzany do tej olbrzymiej, sterylnej placówki z workiem na głowie, by nie mógł ocenić, gdzie się znajduje. Przez całą trwającą pięć godzin podróż z więzienia nikt się do niego nie odezwał. Nie otrzymał wyjaśnienia, dlaczego został zabrany z celi śmierci, dlaczego właśnie on i dlaczego wszystko przebiegło tak płynnie. Tylko groźba od barczystego strażnika, zanim został wrzucony do gabinetu - ma się przedstawić i powiedzieć kilka słów o sobie.

- Panie Nowak? - Głos mężczyzny wyrwał go z rozmyśleń. Gwałtownie poderwał głowę i uśmiechnął się nerwowo. - Panie Nowak, dziękuję za to krótkie przedstawienie… siebie. - Zachowywał przyjazny wyraz twarzy. - Ja również jestem Nowak, doktor Nowak. Widzi pan, jaki ten świat mały? - Doktor Nowak parsknął śmiechem. - Zapewne zastanawia się pan, co tutaj robi?

- Ja… tak, tak, myślę właśnie… tak. - Zbyt mocno skinął głową.

- Cóż, moim zadaniem jest odpowiedzieć panu najlepiej, jak to możliwe - przyznał wesoło doktor Nowak, nie poruszając się nawet o centymetr. - Najpierw jednak niech pan powie… za co odsiadywał pan wyrok?

Andrzej Nowak czuł strach. Przeszywający strach. Z jakiegoś powodu bał się siedzącego przed nim człowieka. Bał się go bardziej niż śmierci. Chciał wrócić do więzienia. Chciał tam zginąć. Tylko dlaczego?

- Ja… - zaczął po chwili i mrugnął kilkukrotnie. - Za zabójstwo. Za zabójstwo siedziałem.

- Zabójstwo? Cóż za niespodzianka! - wykrzyknął uradowany doktor Nowak, co jeszcze mocniej speszyło jego rozmówcę. - Jakie zabójstwo? Podwójne, potrójne, z gwałtem, ze zbezczeszczeniem, a może wszystko naraz? - dopytywał ze szczerym zainteresowaniem.

- Pojedyncze. Jedno tylko - wyznał i poczuł, jak do oczu napływają mu łzy. - Córkę zabiłem. Ale… ale przypadkowo, moja żona, ona…

- Córkę? - przerwał doktor Nowak. - Córkę pan zabił? I za córkę dali panu karę śmierci?

- Wypadła przez okno - wycedził, zaciskając zęby.

- Wypadła? - zdziwił się doktor Nowak. - Więc jest pan niewinny?

Andrzej Nowak nie był pewien, czy doktor z niego szydzi, ale nie potrafił też zebrać w sobie na tyle odwagi, bo go o to zapytać.

- Tak, wypadła - stwierdził nieco ostrzej. - Wypadła, ale moja żona… moja żona powiedziała, że ja ją wyrzuciłem. I nie mogłem się bronić. Nie miałem jak. Przekupiła sędziego, jestem pewien! Ta głupia…

- Hej, hej, hej… - Doktor Nowak wykonał pierwszy ruch - gest dłoni oznajmiający, że jego rozmówca powinien się wstrzymać. - Bez nerwów, panie Nowak. Może chciałby pan się poczęstować gumą? Na uspokojenie?

Czując dominację doktora, Andrzej Nowak skinął głową, myśląc przy tym jednak, że w zasadzie ma na gumę ochotę. Był jednak przekonany, że otrzyma jakąś miętową, której nienawidził. Ale ku jego zaskoczeniu doktor Nowak wyjął z szuflady biurka gumę o smaku truskawkowym, którą Andrzej Nowak uwielbiał i z chęcią się nią poczęstował.

- Dobrze, rozumiem zatem - kontynuował doktor Nowak - że został pan skazany za niewinność. Nie, nie, nie, proszę nie protestować! - wykrzyknął, widząc zdenerwowane spojrzenie pana Nowaka. - Doskonale rozumiem, naprawdę doskonale. Sam byłem kiedyś naczelnikiem więzienia i…

- Co to za miejsce? - spytał niespodziewanie Andrzej Nowak, jakby guma truskawkowa dodała mu pewności siebie.

- To? - zapytał doktor Nowak, wiarygodnie udając zdziwienie i rozglądając się po gabinecie tak, jakby sam po raz pierwszy widział go na oczy. - Panie Nowak, znajduje się pan w Fundacji SCP, nigdy pan nie słyszał? - spytał wesoło.

- Nie - wyznał sucho Andrzej Nowak, czując powoli narastającą irytację. Uświadomił też sobie, że nie jest zakuty w kajdanki. Po jego głowie nagle zaczęły chodzić różne myśli, których jeszcze przed chwilą do siebie nie dopuszczał.

- To dziwne - oznajmił zszokowany doktor Nowak. - Powinien pan wiedzieć, że jesteśmy organizacją stworzoną przez prezydenta, by… działać bezzwłocznie, kiedy wyda akt łaski, o którym nie można jednak powiedzieć publicznie…

- Pierdoli pan, doktorze - warknął Andrzej Nowak i sam przestraszył się własnych słów. - To znaczy, ja… - chciał przeprosić, ale wszelkie wyrazy, jakie dotychczas znał, zdawały się w jednej chwili opuścić jego głowę.

- Cóż… - Doktor Nowak spoważniał. - Jeśli tak, może mimo wszystko prezydent podjął złą decyzję…

- Nie, nie! - jęknął Andrzej Nowak, zauważając, że doktor Nowak sięga po słuchawkę stojącego na biurku telefonu. Mężczyźni mierzyli się wzrokiem. Spojrzenie jednego było przepełnione pewnością siebie, a drugiego - strachem.

- Proszę pana, niech pan posłucha - mówił spanikowany Andrzej Nowak, a w głowie mu szumiało. Poczuł, że wyżuł gumę. - Nie chciałem tego powiedzieć, tylko coś…

- Halo? - doktor Nowak dawno już wybrał numer. - Halo, tak, dzwonię w sprawie pana Nowaka. - Rzucił rozmówcy nienawistne spojrzenie. - Tak, nie dostosowuje się. No co? Chyba weźmiemy innego, prawda? Tylu oddałoby wszystko za uwolnienie…

- Nie! - Tym razem Andrzej Nowak poderwał się z krzesła. - Proszę, niech pan…

- Nie możemy? - Doktor Nowak wciąż mierzył pana Nowaka wzorkiem. - Cóż… rozumiem. Rozumiem. Trudno, jakoś dam radę. Dziękuję. Tak, zadziałało. Lepiej niż sądziłem. Do widzenia. - Odłożył słuchawkę. - Niech pan siada - polecił natychmiast. Andrzej Nowak od razu zajął miejsce.

Chwilę trwali w ciszy.

- To śmieszne - stwierdził chłodno doktor Nowak, a ton, w jakim przemawiał, zmienił się nie do poznania. - Jeszcze kilka minut temu bardziej niż śmierci bał się pan mnie. A jednak skorzystanie z fałszywego telefonu i samo napomknięcie o pana odesłaniu nagle zmieniło pańskie perspektywy o sto osiemdziesiąt stopni.

Andrzej Nowak poczuł, że krew w jego żyłach tężeje, a włosy stają dęba.

- Skąd pan… - Chrząknął, bo nagle zaschło mu w gardle. - Skąd pan wie, o czym myślałem?

- No jasna cholera! - Doktor Nowak niemal wyrwał szufladę, z której ponownie wyjął gumę truskawkową. Uważnie przeczytał wszystkie informacje znajdujące się na etykiecie, po czym spojrzał w kierunku wiszącego nad wejściem zegara. - Jeszcze nie działa? Już powinno.

- Co "nie działa"? - Andrzej Nowak poczuł ciarki na plecach. Dech mu zapierało. - Co "nie działa"?! - wrzasnął i próbował się podnieść, ale z niedowierzaniem stwierdził, że jego mięśnie odmawiają posłuszeństwa.

- No, działa - stwierdził spokojny już doktor Nowak, nie przywracając jednak swojemu głosowi dawnej wesołości. Zamiast tego wydawał się zwyczajnie znudzony.

Andrzej Nowak rozpaczliwie łapał oddech, powoli zsuwając się z krzesła. Doktor Nowak wstał i podszedł do rozmówcy, po czym wyznał:

- Ja nie wiem, co z panem zrobią. Wiem tylko, że o niczym nie będzie pan pamiętał, a za około dwie minuty straci pan przytomność. Nasza rozmowa musiała się odbyć - jej wspomnienie zostanie w losowy sposób pocięte i wrzucone do pańskiej pamięci, tak by zdawał pan sobie sprawę z niektórych faktów, jak smak ulubionej gumy albo przyznanie się do zamordowania córki. Swoją drogą, świetna ta guma, prawda? Na krótką chwilę rozjaśniła panu umysł, ten skok percepcji, ilorazu inteligencji… ale nic nie trwa wiecznie. Reszta zależy od nich. Tutaj zaczyna się pańska podróż.

Andrzej Nowak obserwował doktora Nowaka przerażonym wzrokiem, nie był już w stanie wydobyć z siebie choćby jęknięcia.

- Wszyscy się czegoś boimy, panie Nowak.

Na dźwięk pukania do drzwi, doktor Nowak wstał. Wiedział, kto przyszedł. Westchnął i powiedział:

- Proszę.

[[/tab]]

- N… nazywam się… Andrzej. Chyba Andrzej… tak, Andrzej. Albo Tomasz. Raczej Andrzej. Andrzej Nowak. - Głos Andrzeja Nowaka drżał. Drżała też reszta jego ciała. Siedział naprzeciwko mężczyzny w śnieżnobiałym kitlu, z twarzy przypominającego bankowego urzędnika - świeżo ogolony i ostrzyżony, lekko uśmiechnięty, śmiało patrzący w oczy pragnącego unikać kontaktu wzrokowego Andrzeja Nowaka, czym dodatkowo go stresował. Problem polegał na tym, że mężczyzna ów, którego od Andrzeja Nowaka oddzielało szerokie, metalowe, pomalowane białą farbą biurko, był kimś znacznie potężniejszym od urzędnika. I Andrzej Nowak miał tego świadomość. - Urodziłem się w roku… tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym pierwsz… tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym. - Język mu się plątał, a spojrzenie błądziło po całym gabinecie. - Piąty marzec. Piątego marca się urodziłem. Tego roku, o którym mówiłem.

Mężczyzna uśmiechał się bez przerwy. Jego splecione dłonie spoczywały na blacie biurka. Siedział wyprostowany, wyczekującym spojrzeniem zdając się zachęcać Andrzeja Nowaka do mówienia. Jednak Andrzej Nowak patrzył w jego stronę tylko wtedy, gdy chciał sprawdzić, czy przypadkiem nie śni. Szczypał się nawet w dłonie, oczywiście tak, by siedzący przed nim mężczyzna tego nie zauważył. Ale gabinet nie znikał. Mężczyzna nie znikał. I nie znikała błyszcząca plakietka przypięta do kieszeni jego kitla: Fundacja SCP. Poziom 0.

Nagle Andrzej Nowak poczuł, że brakuje mu tchu. Biel całego gabinetu wywoływała nudności i ból oczu, a mężczyzna posiadający zerowy poziom upoważnienia zdawał się zlewać z otoczeniem. Andrzej Nowak oczami wyobraźni widział siebie jeszcze pół godziny temu - wprowadzany do tej olbrzymiej, sterylnej placówki z workiem na głowie, by nie mógł ocenić, gdzie się znajduje. Przez całą trwającą pięć godzin podróż z więzienia nikt się do niego nie odezwał. Nie otrzymał wyjaśnienia, dlaczego został zabrany z celi śmierci, dlaczego właśnie on i dlaczego wszystko przebiegło tak płynnie. Tylko groźba od barczystego strażnika, zanim został wrzucony do gabinetu - ma się przedstawić i powiedzieć kilka słów o sobie.

- Panie Nowak? - Głos mężczyzny wyrwał go z rozmyśleń. Gwałtownie poderwał głowę i uśmiechnął się nerwowo. - Panie Nowak, dziękuję za to krótkie przedstawienie… siebie. - Zachowywał przyjazny wyraz twarzy. - Ja również jestem Nowak, doktor Nowak. Widzi pan, jaki ten świat mały? - Doktor Nowak parsknął śmiechem. - Zapewne zastanawia się pan, co tutaj robi?

- Ja… tak, tak, myślę właśnie… tak. - Zbyt mocno skinął głową.

- Cóż, moim zadaniem jest odpowiedzieć panu najlepiej, jak to możliwe - przyznał wesoło doktor Nowak, nie poruszając się nawet o centymetr. - Najpierw jednak niech pan powie… za co odsiadywał pan wyrok?

Andrzej Nowak czuł strach. Przeszywający strach. Z jakiegoś powodu bał się siedzącego przed nim człowieka. Bał się go bardziej niż śmierci. Chciał wrócić do więzienia. Chciał tam zginąć. Tylko dlaczego?

- Ja… - zaczął po chwili i mrugnął kilkukrotnie. - Za zabójstwo. Za zabójstwo siedziałem.

- Zabójstwo? Cóż za niespodzianka! - wykrzyknął uradowany doktor Nowak, co jeszcze mocniej speszyło jego rozmówcę. - Jakie zabójstwo? Podwójne, potrójne, z gwałtem, ze zbezczeszczeniem, a może wszystko naraz? - dopytywał ze szczerym zainteresowaniem.

- Pojedyncze. Jedno tylko - wyznał i poczuł, jak do oczu napływają mu łzy. - Córkę zabiłem. Ale… ale przypadkowo, moja żona, ona…

- Córkę? - przerwał doktor Nowak. - Córkę pan zabił? I za córkę dali panu karę śmierci?

- Wypadła przez okno - wycedził, zaciskając zęby.

- Wypadła? - zdziwił się doktor Nowak. - Więc jest pan niewinny?

Andrzej Nowak nie był pewien, czy doktor z niego szydzi, ale nie potrafił też zebrać w sobie na tyle odwagi, bo go o to zapytać.

- Tak, wypadła - stwierdził nieco ostrzej. - Wypadła, ale moja żona… moja żona powiedziała, że ja ją wyrzuciłem. I nie mogłem się bronić. Nie miałem jak. Przekupiła sędziego, jestem pewien! Ta głupia…

- Hej, hej, hej… - Doktor Nowak wykonał pierwszy ruch - gest dłoni oznajmiający, że jego rozmówca powinien się wstrzymać. - Bez nerwów, panie Nowak. Może chciałby pan się poczęstować gumą? Na uspokojenie?

Czując dominację doktora, Andrzej Nowak skinął głową, myśląc przy tym jednak, że w zasadzie ma na gumę ochotę. Był jednak przekonany, że otrzyma jakąś miętową, której nienawidził. Ale ku jego zaskoczeniu doktor Nowak wyjął z szuflady biurka gumę o smaku truskawkowym, którą Andrzej Nowak uwielbiał i z chęcią się nią poczęstował.

- Dobrze, rozumiem zatem - kontynuował doktor Nowak - że został pan skazany za niewinność. Nie, nie, nie, proszę nie protestować! - wykrzyknął, widząc zdenerwowane spojrzenie pana Nowaka. - Doskonale rozumiem, naprawdę doskonale. Sam byłem kiedyś naczelnikiem więzienia i…

- Co to za miejsce? - spytał niespodziewanie Andrzej Nowak, jakby guma truskawkowa dodała mu pewności siebie.

- To? - zapytał doktor Nowak, wiarygodnie udając zdziwienie i rozglądając się po gabinecie tak, jakby sam po raz pierwszy widział go na oczy. - Panie Nowak, znajduje się pan w Fundacji SCP, nigdy pan nie słyszał? - spytał wesoło.

- Nie - wyznał sucho Andrzej Nowak, czując powoli narastającą irytację. Uświadomił też sobie, że nie jest zakuty w kajdanki. Po jego głowie nagle zaczęły chodzić różne myśli, których jeszcze przed chwilą do siebie nie dopuszczał.

- To dziwne - oznajmił zszokowany doktor Nowak. - Powinien pan wiedzieć, że jesteśmy organizacją stworzoną przez prezydenta, by… działać bezzwłocznie, kiedy wyda akt łaski, o którym nie można jednak powiedzieć publicznie…

- Pierdoli pan, doktorze - warknął Andrzej Nowak i sam przestraszył się własnych słów. - To znaczy, ja… - chciał przeprosić, ale wszelkie wyrazy, jakie dotychczas znał, zdawały się w jednej chwili opuścić jego głowę.

- Cóż… - Doktor Nowak spoważniał. - Jeśli tak, może mimo wszystko prezydent podjął złą decyzję…

- Nie, nie! - jęknął Andrzej Nowak, zauważając, że doktor Nowak sięga po słuchawkę stojącego na biurku telefonu. Mężczyźni mierzyli się wzrokiem. Spojrzenie jednego było przepełnione pewnością siebie, a drugiego - strachem.

- Proszę pana, niech pan posłucha - mówił spanikowany Andrzej Nowak, a w głowie mu szumiało. Poczuł, że wyżuł gumę. - Nie chciałem tego powiedzieć, tylko coś…

- Halo? - doktor Nowak dawno już wybrał numer. - Halo, tak, dzwonię w sprawie pana Nowaka. - Rzucił rozmówcy nienawistne spojrzenie. - Tak, nie dostosowuje się. No co? Chyba weźmiemy innego, prawda? Tylu oddałoby wszystko za uwolnienie…

- Nie! - Tym razem Andrzej Nowak poderwał się z krzesła. - Proszę, niech pan…

- Nie możemy? - Doktor Nowak wciąż mierzył pana Nowaka wzorkiem. - Cóż… rozumiem. Rozumiem. Trudno, jakoś dam radę. Dziękuję. Tak, zadziałało. Lepiej niż sądziłem. Do widzenia. - Odłożył słuchawkę. - Niech pan siada - polecił natychmiast. Andrzej Nowak od razu zajął miejsce.

Chwilę trwali w ciszy.

- To śmieszne - stwierdził chłodno doktor Nowak, a ton, w jakim przemawiał, zmienił się nie do poznania. - Jeszcze kilka minut temu bardziej niż śmierci bał się pan mnie. A jednak skorzystanie z fałszywego telefonu i samo napomknięcie o pana odesłaniu nagle zmieniło pańskie perspektywy o sto osiemdziesiąt stopni.

Andrzej Nowak poczuł, że krew w jego żyłach tężeje, a włosy stają dęba.

- Skąd pan… - Chrząknął, bo nagle zaschło mu w gardle. - Skąd pan wie, o czym myślałem?

- No jasna cholera! - Doktor Nowak niemal wyrwał szufladę, z której ponownie wyjął gumę truskawkową. Uważnie przeczytał wszystkie informacje znajdujące się na etykiecie, po czym spojrzał w kierunku wiszącego nad wejściem zegara. - Jeszcze nie działa? Już powinno.

- Co "nie działa"? - Andrzej Nowak poczuł ciarki na plecach. Dech mu zapierało. - Co "nie działa"?! - wrzasnął i próbował się podnieść, ale z niedowierzaniem stwierdził, że jego mięśnie odmawiają posłuszeństwa.

- No, działa - stwierdził spokojny już doktor Nowak, nie przywracając jednak swojemu głosowi dawnej wesołości. Zamiast tego wydawał się zwyczajnie znudzony.

Andrzej Nowak rozpaczliwie łapał oddech, powoli zsuwając się z krzesła. Doktor Nowak wstał i podszedł do rozmówcy, po czym wyznał:

- Ja nie wiem, co z panem zrobią. Wiem tylko, że o niczym nie będzie pan pamiętał, a za około dwie minuty straci pan przytomność. Nasza rozmowa musiała się odbyć - jej wspomnienie zostanie w losowy sposób pocięte i wrzucone do pańskiej pamięci, tak by zdawał pan sobie sprawę z niektórych faktów, jak smak ulubionej gumy albo przyznanie się do zamordowania córki. Swoją drogą, świetna ta guma, prawda? Na krótką chwilę rozjaśniła panu umysł, ten skok percepcji, ilorazu inteligencji… ale nic nie trwa wiecznie. Reszta zależy od nich. Tutaj zaczyna się pańska podróż.

Andrzej Nowak obserwował doktora Nowaka przerażonym wzrokiem, nie był już w stanie wydobyć z siebie choćby jęknięcia.

- Wszyscy się czegoś boimy, panie Nowak.

Na dźwięk pukania do drzwi, doktor Nowak wstał. Wiedział, kto przyszedł. Westchnął i powiedział:

- Proszę.

[[/tab]]

- N… nazywam się… Andrzej. Chyba Andrzej… tak, Andrzej. Albo Tomasz. Raczej Andrzej. Andrzej Nowak. - Głos Andrzeja Nowaka drżał. Drżała też reszta jego ciała. Siedział naprzeciwko mężczyzny w śnieżnobiałym kitlu, z twarzy przypominającego bankowego urzędnika - świeżo ogolony i ostrzyżony, lekko uśmiechnięty, śmiało patrzący w oczy pragnącego unikać kontaktu wzrokowego Andrzeja Nowaka, czym dodatkowo go stresował. Problem polegał na tym, że mężczyzna ów, którego od Andrzeja Nowaka oddzielało szerokie, metalowe, pomalowane białą farbą biurko, był kimś znacznie potężniejszym od urzędnika. I Andrzej Nowak miał tego świadomość. - Urodziłem się w roku… tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym pierwsz… tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym. - Język mu się plątał, a spojrzenie błądziło po całym gabinecie. - Piąty marzec. Piątego marca się urodziłem. Tego roku, o którym mówiłem.

Mężczyzna uśmiechał się bez przerwy. Jego splecione dłonie spoczywały na blacie biurka. Siedział wyprostowany, wyczekującym spojrzeniem zdając się zachęcać Andrzeja Nowaka do mówienia. Jednak Andrzej Nowak patrzył w jego stronę tylko wtedy, gdy chciał sprawdzić, czy przypadkiem nie śni. Szczypał się nawet w dłonie, oczywiście tak, by siedzący przed nim mężczyzna tego nie zauważył. Ale gabinet nie znikał. Mężczyzna nie znikał. I nie znikała błyszcząca plakietka przypięta do kieszeni jego kitla: Fundacja SCP. Poziom 0.

Nagle Andrzej Nowak poczuł, że brakuje mu tchu. Biel całego gabinetu wywoływała nudności i ból oczu, a mężczyzna posiadający zerowy poziom upoważnienia zdawał się zlewać z otoczeniem. Andrzej Nowak oczami wyobraźni widział siebie jeszcze pół godziny temu - wprowadzany do tej olbrzymiej, sterylnej placówki z workiem na głowie, by nie mógł ocenić, gdzie się znajduje. Przez całą trwającą pięć godzin podróż z więzienia nikt się do niego nie odezwał. Nie otrzymał wyjaśnienia, dlaczego został zabrany z celi śmierci, dlaczego właśnie on i dlaczego wszystko przebiegło tak płynnie. Tylko groźba od barczystego strażnika, zanim został wrzucony do gabinetu - ma się przedstawić i powiedzieć kilka słów o sobie.

- Panie Nowak? - Głos mężczyzny wyrwał go z rozmyśleń. Gwałtownie poderwał głowę i uśmiechnął się nerwowo. - Panie Nowak, dziękuję za to krótkie przedstawienie… siebie. - Zachowywał przyjazny wyraz twarzy. - Ja również jestem Nowak, doktor Nowak. Widzi pan, jaki ten świat mały? - Doktor Nowak parsknął śmiechem. - Zapewne zastanawia się pan, co tutaj robi?

- Ja… tak, tak, myślę właśnie… tak. - Zbyt mocno skinął głową.

- Cóż, moim zadaniem jest odpowiedzieć panu najlepiej, jak to możliwe - przyznał wesoło doktor Nowak, nie poruszając się nawet o centymetr. - Najpierw jednak niech pan powie… za co odsiadywał pan wyrok?

Andrzej Nowak czuł strach. Przeszywający strach. Z jakiegoś powodu bał się siedzącego przed nim człowieka. Bał się go bardziej niż śmierci. Chciał wrócić do więzienia. Chciał tam zginąć. Tylko dlaczego?

- Ja… - zaczął po chwili i mrugnął kilkukrotnie. - Za zabójstwo. Za zabójstwo siedziałem.

- Zabójstwo? Cóż za niespodzianka! - wykrzyknął uradowany doktor Nowak, co jeszcze mocniej speszyło jego rozmówcę. - Jakie zabójstwo? Podwójne, potrójne, z gwałtem, ze zbezczeszczeniem, a może wszystko naraz? - dopytywał ze szczerym zainteresowaniem.

- Pojedyncze. Jedno tylko - wyznał i poczuł, jak do oczu napływają mu łzy. - Córkę zabiłem. Ale… ale przypadkowo, moja żona, ona…

- Córkę? - przerwał doktor Nowak. - Córkę pan zabił? I za córkę dali panu karę śmierci?

- Wypadła przez okno - wycedził, zaciskając zęby.

- Wypadła? - zdziwił się doktor Nowak. - Więc jest pan niewinny?

Andrzej Nowak nie był pewien, czy doktor z niego szydzi, ale nie potrafił też zebrać w sobie na tyle odwagi, bo go o to zapytać.

- Tak, wypadła - stwierdził nieco ostrzej. - Wypadła, ale moja żona… moja żona powiedziała, że ja ją wyrzuciłem. I nie mogłem się bronić. Nie miałem jak. Przekupiła sędziego, jestem pewien! Ta głupia…

- Hej, hej, hej… - Doktor Nowak wykonał pierwszy ruch - gest dłoni oznajmiający, że jego rozmówca powinien się wstrzymać. - Bez nerwów, panie Nowak. Może chciałby pan się poczęstować gumą? Na uspokojenie?

Czując dominację doktora, Andrzej Nowak skinął głową, myśląc przy tym jednak, że w zasadzie ma na gumę ochotę. Był jednak przekonany, że otrzyma jakąś miętową, której nienawidził. Ale ku jego zaskoczeniu doktor Nowak wyjął z szuflady biurka gumę o smaku truskawkowym, którą Andrzej Nowak uwielbiał i z chęcią się nią poczęstował.

- Dobrze, rozumiem zatem - kontynuował doktor Nowak - że został pan skazany za niewinność. Nie, nie, nie, proszę nie protestować! - wykrzyknął, widząc zdenerwowane spojrzenie pana Nowaka. - Doskonale rozumiem, naprawdę doskonale. Sam byłem kiedyś naczelnikiem więzienia i…

- Co to za miejsce? - spytał niespodziewanie Andrzej Nowak, jakby guma truskawkowa dodała mu pewności siebie.

- To? - zapytał doktor Nowak, wiarygodnie udając zdziwienie i rozglądając się po gabinecie tak, jakby sam po raz pierwszy widział go na oczy. - Panie Nowak, znajduje się pan w Fundacji SCP, nigdy pan nie słyszał? - spytał wesoło.

- Nie - wyznał sucho Andrzej Nowak, czując powoli narastającą irytację. Uświadomił też sobie, że nie jest zakuty w kajdanki. Po jego głowie nagle zaczęły chodzić różne myśli, których jeszcze przed chwilą do siebie nie dopuszczał.

- To dziwne - oznajmił zszokowany doktor Nowak. - Powinien pan wiedzieć, że jesteśmy organizacją stworzoną przez prezydenta, by… działać bezzwłocznie, kiedy wyda akt łaski, o którym nie można jednak powiedzieć publicznie…

- Pierdoli pan, doktorze - warknął Andrzej Nowak i sam przestraszył się własnych słów. - To znaczy, ja… - chciał przeprosić, ale wszelkie wyrazy, jakie dotychczas znał, zdawały się w jednej chwili opuścić jego głowę.

- Cóż… - Doktor Nowak spoważniał. - Jeśli tak, może mimo wszystko prezydent podjął złą decyzję…

- Nie, nie! - jęknął Andrzej Nowak, zauważając, że doktor Nowak sięga po słuchawkę stojącego na biurku telefonu. Mężczyźni mierzyli się wzrokiem. Spojrzenie jednego było przepełnione pewnością siebie, a drugiego - strachem.

- Proszę pana, niech pan posłucha - mówił spanikowany Andrzej Nowak, a w głowie mu szumiało. Poczuł, że wyżuł gumę. - Nie chciałem tego powiedzieć, tylko coś…

- Halo? - doktor Nowak dawno już wybrał numer. - Halo, tak, dzwonię w sprawie pana Nowaka. - Rzucił rozmówcy nienawistne spojrzenie. - Tak, nie dostosowuje się. No co? Chyba weźmiemy innego, prawda? Tylu oddałoby wszystko za uwolnienie…

- Nie! - Tym razem Andrzej Nowak poderwał się z krzesła. - Proszę, niech pan…

- Nie możemy? - Doktor Nowak wciąż mierzył pana Nowaka wzorkiem. - Cóż… rozumiem. Rozumiem. Trudno, jakoś dam radę. Dziękuję. Tak, zadziałało. Lepiej niż sądziłem. Do widzenia. - Odłożył słuchawkę. - Niech pan siada - polecił natychmiast. Andrzej Nowak od razu zajął miejsce.

Chwilę trwali w ciszy.

- To śmieszne - stwierdził chłodno doktor Nowak, a ton, w jakim przemawiał, zmienił się nie do poznania. - Jeszcze kilka minut temu bardziej niż śmierci bał się pan mnie. A jednak skorzystanie z fałszywego telefonu i samo napomknięcie o pana odesłaniu nagle zmieniło pańskie perspektywy o sto osiemdziesiąt stopni.

Andrzej Nowak poczuł, że krew w jego żyłach tężeje, a włosy stają dęba.

- Skąd pan… - Chrząknął, bo nagle zaschło mu w gardle. - Skąd pan wie, o czym myślałem?

- No jasna cholera! - Doktor Nowak niemal wyrwał szufladę, z której ponownie wyjął gumę truskawkową. Uważnie przeczytał wszystkie informacje znajdujące się na etykiecie, po czym spojrzał w kierunku wiszącego nad wejściem zegara. - Jeszcze nie działa? Już powinno.

- Co "nie działa"? - Andrzej Nowak poczuł ciarki na plecach. Dech mu zapierało. - Co "nie działa"?! - wrzasnął i próbował się podnieść, ale z niedowierzaniem stwierdził, że jego mięśnie odmawiają posłuszeństwa.

- No, działa - stwierdził spokojny już doktor Nowak, nie przywracając jednak swojemu głosowi dawnej wesołości. Zamiast tego wydawał się zwyczajnie znudzony.

Andrzej Nowak rozpaczliwie łapał oddech, powoli zsuwając się z krzesła. Doktor Nowak wstał i podszedł do rozmówcy, po czym wyznał:

- Ja nie wiem, co z panem zrobią. Wiem tylko, że o niczym nie będzie pan pamiętał, a za około dwie minuty straci pan przytomność. Nasza rozmowa musiała się odbyć - jej wspomnienie zostanie w losowy sposób pocięte i wrzucone do pańskiej pamięci, tak by zdawał pan sobie sprawę z niektórych faktów, jak smak ulubionej gumy albo przyznanie się do zamordowania córki. Swoją drogą, świetna ta guma, prawda? Na krótką chwilę rozjaśniła panu umysł, ten skok percepcji, ilorazu inteligencji… ale nic nie trwa wiecznie. Reszta zależy od nich. Tutaj zaczyna się pańska podróż.

Andrzej Nowak obserwował doktora Nowaka przerażonym wzrokiem, nie był już w stanie wydobyć z siebie choćby jęknięcia.

- Wszyscy się czegoś boimy, panie Nowak.

Na dźwięk pukania do drzwi, doktor Nowak wstał. Wiedział, kto przyszedł. Westchnął i powiedział:

- Proszę.

[[/tab]]

- N… nazywam się… Andrzej. Chyba Andrzej… tak, Andrzej. Albo Tomasz. Raczej Andrzej. Andrzej Nowak. - Głos Andrzeja Nowaka drżał. Drżała też reszta jego ciała. Siedział naprzeciwko mężczyzny w śnieżnobiałym kitlu, z twarzy przypominającego bankowego urzędnika - świeżo ogolony i ostrzyżony, lekko uśmiechnięty, śmiało patrzący w oczy pragnącego unikać kontaktu wzrokowego Andrzeja Nowaka, czym dodatkowo go stresował. Problem polegał na tym, że mężczyzna ów, którego od Andrzeja Nowaka oddzielało szerokie, metalowe, pomalowane białą farbą biurko, był kimś znacznie potężniejszym od urzędnika. I Andrzej Nowak miał tego świadomość. - Urodziłem się w roku… tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym pierwsz… tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym. - Język mu się plątał, a spojrzenie błądziło po całym gabinecie. - Piąty marzec. Piątego marca się urodziłem. Tego roku, o którym mówiłem.

Mężczyzna uśmiechał się bez przerwy. Jego splecione dłonie spoczywały na blacie biurka. Siedział wyprostowany, wyczekującym spojrzeniem zdając się zachęcać Andrzeja Nowaka do mówienia. Jednak Andrzej Nowak patrzył w jego stronę tylko wtedy, gdy chciał sprawdzić, czy przypadkiem nie śni. Szczypał się nawet w dłonie, oczywiście tak, by siedzący przed nim mężczyzna tego nie zauważył. Ale gabinet nie znikał. Mężczyzna nie znikał. I nie znikała błyszcząca plakietka przypięta do kieszeni jego kitla: Fundacja SCP. Poziom 0.

Nagle Andrzej Nowak poczuł, że brakuje mu tchu. Biel całego gabinetu wywoływała nudności i ból oczu, a mężczyzna posiadający zerowy poziom upoważnienia zdawał się zlewać z otoczeniem. Andrzej Nowak oczami wyobraźni widział siebie jeszcze pół godziny temu - wprowadzany do tej olbrzymiej, sterylnej placówki z workiem na głowie, by nie mógł ocenić, gdzie się znajduje. Przez całą trwającą pięć godzin podróż z więzienia nikt się do niego nie odezwał. Nie otrzymał wyjaśnienia, dlaczego został zabrany z celi śmierci, dlaczego właśnie on i dlaczego wszystko przebiegło tak płynnie. Tylko groźba od barczystego strażnika, zanim został wrzucony do gabinetu - ma się przedstawić i powiedzieć kilka słów o sobie.

- Panie Nowak? - Głos mężczyzny wyrwał go z rozmyśleń. Gwałtownie poderwał głowę i uśmiechnął się nerwowo. - Panie Nowak, dziękuję za to krótkie przedstawienie… siebie. - Zachowywał przyjazny wyraz twarzy. - Ja również jestem Nowak, doktor Nowak. Widzi pan, jaki ten świat mały? - Doktor Nowak parsknął śmiechem. - Zapewne zastanawia się pan, co tutaj robi?

- Ja… tak, tak, myślę właśnie… tak. - Zbyt mocno skinął głową.

- Cóż, moim zadaniem jest odpowiedzieć panu najlepiej, jak to możliwe - przyznał wesoło doktor Nowak, nie poruszając się nawet o centymetr. - Najpierw jednak niech pan powie… za co odsiadywał pan wyrok?

Andrzej Nowak czuł strach. Przeszywający strach. Z jakiegoś powodu bał się siedzącego przed nim człowieka. Bał się go bardziej niż śmierci. Chciał wrócić do więzienia. Chciał tam zginąć. Tylko dlaczego?

- Ja… - zaczął po chwili i mrugnął kilkukrotnie. - Za zabójstwo. Za zabójstwo siedziałem.

- Zabójstwo? Cóż za niespodzianka! - wykrzyknął uradowany doktor Nowak, co jeszcze mocniej speszyło jego rozmówcę. - Jakie zabójstwo? Podwójne, potrójne, z gwałtem, ze zbezczeszczeniem, a może wszystko naraz? - dopytywał ze szczerym zainteresowaniem.

- Pojedyncze. Jedno tylko - wyznał i poczuł, jak do oczu napływają mu łzy. - Córkę zabiłem. Ale… ale przypadkowo, moja żona, ona…

- Córkę? - przerwał doktor Nowak. - Córkę pan zabił? I za córkę dali panu karę śmierci?

- Wypadła przez okno - wycedził, zaciskając zęby.

- Wypadła? - zdziwił się doktor Nowak. - Więc jest pan niewinny?

Andrzej Nowak nie był pewien, czy doktor z niego szydzi, ale nie potrafił też zebrać w sobie na tyle odwagi, bo go o to zapytać.

- Tak, wypadła - stwierdził nieco ostrzej. - Wypadła, ale moja żona… moja żona powiedziała, że ja ją wyrzuciłem. I nie mogłem się bronić. Nie miałem jak. Przekupiła sędziego, jestem pewien! Ta głupia…

- Hej, hej, hej… - Doktor Nowak wykonał pierwszy ruch - gest dłoni oznajmiający, że jego rozmówca powinien się wstrzymać. - Bez nerwów, panie Nowak. Może chciałby pan się poczęstować gumą? Na uspokojenie?

Czując dominację doktora, Andrzej Nowak skinął głową, myśląc przy tym jednak, że w zasadzie ma na gumę ochotę. Był jednak przekonany, że otrzyma jakąś miętową, której nienawidził. Ale ku jego zaskoczeniu doktor Nowak wyjął z szuflady biurka gumę o smaku truskawkowym, którą Andrzej Nowak uwielbiał i z chęcią się nią poczęstował.

- Dobrze, rozumiem zatem - kontynuował doktor Nowak - że został pan skazany za niewinność. Nie, nie, nie, proszę nie protestować! - wykrzyknął, widząc zdenerwowane spojrzenie pana Nowaka. - Doskonale rozumiem, naprawdę doskonale. Sam byłem kiedyś naczelnikiem więzienia i…

- Co to za miejsce? - spytał niespodziewanie Andrzej Nowak, jakby guma truskawkowa dodała mu pewności siebie.

- To? - zapytał doktor Nowak, wiarygodnie udając zdziwienie i rozglądając się po gabinecie tak, jakby sam po raz pierwszy widział go na oczy. - Panie Nowak, znajduje się pan w Fundacji SCP, nigdy pan nie słyszał? - spytał wesoło.

- Nie - wyznał sucho Andrzej Nowak, czując powoli narastającą irytację. Uświadomił też sobie, że nie jest zakuty w kajdanki. Po jego głowie nagle zaczęły chodzić różne myśli, których jeszcze przed chwilą do siebie nie dopuszczał.

- To dziwne - oznajmił zszokowany doktor Nowak. - Powinien pan wiedzieć, że jesteśmy organizacją stworzoną przez prezydenta, by… działać bezzwłocznie, kiedy wyda akt łaski, o którym nie można jednak powiedzieć publicznie…

- Pierdoli pan, doktorze - warknął Andrzej Nowak i sam przestraszył się własnych słów. - To znaczy, ja… - chciał przeprosić, ale wszelkie wyrazy, jakie dotychczas znał, zdawały się w jednej chwili opuścić jego głowę.

- Cóż… - Doktor Nowak spoważniał. - Jeśli tak, może mimo wszystko prezydent podjął złą decyzję…

- Nie, nie! - jęknął Andrzej Nowak, zauważając, że doktor Nowak sięga po słuchawkę stojącego na biurku telefonu. Mężczyźni mierzyli się wzrokiem. Spojrzenie jednego było przepełnione pewnością siebie, a drugiego - strachem.

- Proszę pana, niech pan posłucha - mówił spanikowany Andrzej Nowak, a w głowie mu szumiało. Poczuł, że wyżuł gumę. - Nie chciałem tego powiedzieć, tylko coś…

- Halo? - doktor Nowak dawno już wybrał numer. - Halo, tak, dzwonię w sprawie pana Nowaka. - Rzucił rozmówcy nienawistne spojrzenie. - Tak, nie dostosowuje się. No co? Chyba weźmiemy innego, prawda? Tylu oddałoby wszystko za uwolnienie…

- Nie! - Tym razem Andrzej Nowak poderwał się z krzesła. - Proszę, niech pan…

- Nie możemy? - Doktor Nowak wciąż mierzył pana Nowaka wzorkiem. - Cóż… rozumiem. Rozumiem. Trudno, jakoś dam radę. Dziękuję. Tak, zadziałało. Lepiej niż sądziłem. Do widzenia. - Odłożył słuchawkę. - Niech pan siada - polecił natychmiast. Andrzej Nowak od razu zajął miejsce.

Chwilę trwali w ciszy.

- To śmieszne - stwierdził chłodno doktor Nowak, a ton, w jakim przemawiał, zmienił się nie do poznania. - Jeszcze kilka minut temu bardziej niż śmierci bał się pan mnie. A jednak skorzystanie z fałszywego telefonu i samo napomknięcie o pana odesłaniu nagle zmieniło pańskie perspektywy o sto osiemdziesiąt stopni.

Andrzej Nowak poczuł, że krew w jego żyłach tężeje, a włosy stają dęba.

- Skąd pan… - Chrząknął, bo nagle zaschło mu w gardle. - Skąd pan wie, o czym myślałem?

- No jasna cholera! - Doktor Nowak niemal wyrwał szufladę, z której ponownie wyjął gumę truskawkową. Uważnie przeczytał wszystkie informacje znajdujące się na etykiecie, po czym spojrzał w kierunku wiszącego nad wejściem zegara. - Jeszcze nie działa? Już powinno.

- Co "nie działa"? - Andrzej Nowak poczuł ciarki na plecach. Dech mu zapierało. - Co "nie działa"?! - wrzasnął i próbował się podnieść, ale z niedowierzaniem stwierdził, że jego mięśnie odmawiają posłuszeństwa.

- No, działa - stwierdził spokojny już doktor Nowak, nie przywracając jednak swojemu głosowi dawnej wesołości. Zamiast tego wydawał się zwyczajnie znudzony.

Andrzej Nowak rozpaczliwie łapał oddech, powoli zsuwając się z krzesła. Doktor Nowak wstał i podszedł do rozmówcy, po czym wyznał:

- Ja nie wiem, co z panem zrobią. Wiem tylko, że o niczym nie będzie pan pamiętał, a za około dwie minuty straci pan przytomność. Nasza rozmowa musiała się odbyć - jej wspomnienie zostanie w losowy sposób pocięte i wrzucone do pańskiej pamięci, tak by zdawał pan sobie sprawę z niektórych faktów, jak smak ulubionej gumy albo przyznanie się do zamordowania córki. Swoją drogą, świetna ta guma, prawda? Na krótką chwilę rozjaśniła panu umysł, ten skok percepcji, ilorazu inteligencji… ale nic nie trwa wiecznie. Reszta zależy od nich. Tutaj zaczyna się pańska podróż.

Andrzej Nowak obserwował doktora Nowaka przerażonym wzrokiem, nie był już w stanie wydobyć z siebie choćby jęknięcia.

- Wszyscy się czegoś boimy, panie Nowak.

Na dźwięk pukania do drzwi, doktor Nowak wstał. Wiedział, kto przyszedł. Westchnął i powiedział:

- Proszę.

[[/tab]]

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License